„Colette” to powieść jak pudełko puzzli.
Wiele różnych elementów, którym można przyglądać się bez końca. Aż przychodzi ten moment, gdy wszystkie składają się w jedną, piękną całość.
Valerie Perrin stworzyła w „Colette” tyle postaci i wątków, że niektóre spokojnie nadawałyby się na oddzielne fabuły. Ale, jak to mówią – od przybytku głowa nie boli, więc i nam to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Było o czym rozmawiać!
PS. Cenimy też autorkę za bardzo filmowy (i bardzo francuski) sznyt. Polecamy zarówno tę ostatnią, jak i jej wcześniejsze książki.
